O tej tragedii wielu już zapomniało - Fragmenty Książek. "Byliśmy zdrajcami i rodzinami zdrajców. I zostaliśmy nimi na zawsze" [FRAGMENT KSIĄŻKI] Aroa Moreno Durán prowadzi nas przez prawie sto lat najnowszej historii Hiszpanii: horror wojny domowej, wykorzenienie czasu wygnania, lata ołowiu, puste domy, przegrane życia i dalej
26 września 2010, 16:30, Stefek: Biednemu pieskowi ? co wy mowicie pewnie było mu bardzo dobrze , skoro to zrobil sam musial tego chciec. jej sprawa co robi , jest wolną osoba . robiac to
Poproś o jedno LEGO Ideas zestaw hołdowy, a być może dostaniesz dwa, ponieważ najnowszy model, który osiągnął 10 tys. na platformie, składa hołd ekspertowi od zwierząt.
Te MILFy z branży porno sprawią, że będziesz błagać o ich uniformowane uroki. Przygotuj się na namiętność, która sprawi, że powiesz: 'Zrób mi Batfuck!'. Poczuj namiętność na całego, gdy dobrze wyposażony, czarnoskóry ogier rozpala pragnienie i zaspokaja jak nikt inny. Przygotuj się na oszałamiającą rozkosz!
8. Mila – Wikicytaty. Z Wikicytatów, wolnej kolekcji cytatów. pierwowzór głównego bohatera i odtwórca tej roli. ) – film amerykańsko-niemiecki, dramat Curtis Hanson. Autorami są Scott Silver i Jesse Wigutow, a tekstów bitew na rymy –. W dalszej części znajdują się słowa powszechnie uznawane za wulgarne!
A ja raz na trzy dni tak przecietnie mimo ze duzo jem. moj brat robi co dnia i nawet 3 razy na dzien nieraz i do tego dużą strasznie bo sie chwali..nie wiem jak tak mozna..i czy on ma cos z
Czy mój brat robi dobrze? Mój brat jest jakiś niewyżyty i chory psychicznie. Przyjechał na całe wakacje do domu. Wczoraj używał takich wulgaryzmów do mnie, że się w pale nie mieści. Chciałem coś powiedzieć, jeszcze nic nie powiedziałem a on o mnie "Nie odzywaj się" z krzykiem" a jak pytałem "Dlaczego?"
Muzyka w tlehttps://www.youtube.com/watch?v=dbpTF1 część jest tutaj MÓJ BRAT ROBI MI MAKIJAŻ! 😨💄 | Zylciahttps://www.youtube.com/watch?v=asl6dViVItk&t=1
BRAT ROBI MAKIJAŻ SIOSTRZE! Makeup Ady. 1080p. The Sisters . 14:30. ROBI MI MAKIJAŻ NA RED LIPSTICK MONSTER *przynajmniej próbuje* Tata Wybiera Moj Makijaz
Kiedy miałem siedem lat, w moim życiu pojawił się Bus. Wielki mieszaniec, wesoły, żywotny, wspaniały. Bez kręcenia nosem chodziłem z nim na spacer. Szczotkowanie jego wiecznie skołtunionej, rudawej sierści sprawiało mi czystą przyjemność. Mając do wyboru spotkania z kolegami, a zajęcie się Busem, najczęściej wybierałem Busa.
1axRG0. fot. Adobe Stock W pewnym momencie stało się dla mnie jasne, że albo znajdę pracę mojemu mężowi, albo nasze małżeństwo się skończy. Jacek bowiem coraz bardziej pogrążał się w depresji, która rujnowała nam życie. W naszym związku nie działo się najlepiej, jeszcze zanim mąż stracił robotę. Sama nie wiem, dlaczego nagle przestaliśmy ze sobą szczerze i normalnie rozmawiać, a nasze codzienne kontakty ograniczyły się do krótkich poleceń i komunikatów. Niby każde z nas wiedziało dokładnie, co robić; mieliśmy przecież od lat określone obowiązki, więc wszystko powinno działać jak w zegarku. Niestety, zabrakło nam chyba miłości i coś zaczęło zgrzytać. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że jest coraz gorzej Wmawiałam sobie, że nie mam czasu na analizowanie tego, co się dzieje między mną a Jackiem, bo przecież mam dwoje dzieci, którymi trzeba się zająć. Powiem więcej: było mi nawet na rękę, że mąż powoli przestał mniej czy bardziej taktownie nagabywać mnie o seks. Bo każdego wieczoru byłam tak zmęczona, że marzyłam tylko o śnie. Czułam się jak stateczna matrona, która epokę łóżkowych igraszek ma już daleko za sobą, bo została matką. Przestały mi być do czegokolwiek potrzebne. Niestety, mój mąż uważał inaczej... Po jakimś czasie zaczęły do mnie docierać sygnały, że Jacek mnie zdradza. Po fazie zdziwienia nadeszła faza bólu. „Już mnie nie kocha! Co będzie jeśli porzuci mnie i dzieci dla swojej kochanki?” – zastanawiałam się, płacząc w poduszkę. Drżałam o to każdego dnia, a jednocześnie bałam się poruszyć ten temat w szczerej rozmowie. Bo dokąd taka dyskusja by nas zaprowadziła? Tymczasem Jacek robił, co chciał. Wracał do domu, kiedy mu się żywnie podobało, i niby wykonywał domowe prace, ale tylko wtedy, kiedy akurat nabrał na to ochoty. Na moje prośby coraz częściej odpowiadał półsłówkami albo w ogóle milczał. Widać było, że tęskni za życiem kawalera. Aż pewnego dnia stracił pracę. Może to dziwne, lecz w tamtym momencie było mi to nawet… na rękę! Mąż osiadł w końcu w domu i nie miał już pieniędzy na kochanki. Poza tym jego głowę zaprzątały myśli o szukaniu pracy, a nie o podrywie. Czuł się niepotrzebny i mniej męski, a ja wzięłam na siebie rolę pocieszycielki. Bardzo się wtedy do siebie zbliżyliśmy Niestety, nie na długo. Ja przecież musiałam nadal pracować i prowadzić dom. Jacek natomiast popadł w marazm, który zaczął mnie denerwować. Nie miałam w nim oparcia i wyręki na żadnym polu! Nie tylko nie przynosił do domu pieniędzy, ale też wcale mi w nim nie pomagał. – Żeby chociaż obrał ziemniaki, zanim przyjdę z pracy, albo zmył po sobie talerz… A on nic! Tylko siedzi przed telewizorem albo śpi – żaliłam się mamie. Niestety, gdy zaczęłam naciskać na męża, żeby z większą energią wziął się do szukania roboty, warknął… że jego niepowodzenia to wina moja i mojej rodziny! Oniemiałam, słysząc jego tłumaczenia. Jacek utrzymywał, że skoro mam braci na znaczących stanowiskach, to któryś z nich powinien go gdzieś polecić. No cóż… Osobiście nie wpadłabym chyba na to, że siostra męża ma mi znaleźć robotę, gdybym jej nie miała. Jednak myśli Jacka chodziły innymi drogami. Dzień w dzień wiercił mi dziurę w brzuchu, zalewając mnie swoimi żalami, aż zrozumiałam, że on naprawdę nie żartuje, tylko obarcza moją rodzinę winą za całe zło w swoim życiu. A skoro tak, to znajdujemy się o krok od rozwodu… Tak naprawdę nie chciałam się z Jackiem rozstawać. Bo ja w gruncie rzeczy kochałam mojego męża, a poza tym Jacek jest przecież ojcem moich córek. Po co rozwalać rodzinę, jeśli można próbować ją ratować…? Postanowiłam więc zawalczyć o swoje małżeństwo i w tym celu ruszyłam po prośbie do braci. Niestety, choć dwóch z nich ma kierownicze stanowisko, a trzeci prowadzi własny biznes, jakoś żaden nie widział możliwości zatrudnienia mojego męża. Dwaj pierwsi zasłonili się tym, że to nie oni decydują w firmach o tym, kto zostaje przyjęty do roboty, natomiast Przemek… Właściwie wcale mu się nie dziwiłam, że nie pali się do znalezienia roboty Jackowi, ponieważ panowie zdecydowanie za sobą nie przepadali. Przemek doskonale pamiętał, jak Jacek – jeszcze jako mój narzeczony – śmiał się z jego pomysłu na biznes. Otwarcie krytykował mojego brata i dowodził, że w życiu mu się nie uda zarobić choćby złotówki. I początkowo faktycznie bratu nie wiodło się najlepiej, a mój ukochany mąż na etacie wyciągał całkiem sporą pensję. Rodzinne biznesy nie wyszły na dobre Jednak po kilku latach inwestycje i starania Przemka zaczęły przynosić zyski. Wyspecjalizował się w sprzedaży sztucznych kwiatów, które sprowadzał z Azji, głównie z Chin. Bukiety, wieńce, girlandy, cięte kwiaty i doniczkowe. Były z tworzyw sztucznych, ale niektóre wyglądały jak żywe! Ja sama nagle zaczęłam zauważać, jak wiele wokół mnie jest sztucznych kwiatów. Na przykład w takich urzędach. I miałam świadomość, że spora ich część pochodzi z firmy mojego brata. Przemek najpierw wynajmował halę, a potem zbudował sobie swoją własną hurtownię. I powodziło mu się naprawdę, dobrze, a nam z kolei coraz gorzej. Jacek, o ile z początku lekceważył mojego brata, o tyle nagle zaczął mu zazdrościć. A od zazdrości jest już tylko mały kroczek do nienawiści… Powiem szczerze – była ona aż nadto widoczna podczas rozmaitych rodzinnych spotkań. Bardzo więc musiałam się teraz natrudzić, aby przekonać Przemka do zatrudnienia mojego męża. A przynajmniej do tego, by mu w jakiś sposób pomógł. – Ale co on mógłby robić? Jaki ma pomysł na biznes? – dopytywał się brat. No tak... Zdawałam sobie sprawę z tego, że każdą ciężko zarobioną przez siebie złotówkę najpierw obejrzy z obu stron, zanim ją pożyczy mojemu mężowi. Jackowi więc także wierciłam dziurę w brzuchu, żeby coś wymyślił i przedstawił szwagrowi rozsądny biznesplan. Ślubny wziął się w końcu do roboty. Poszperał trochę w internecie i wymyślił, że zacznie robić doniczki. Ale nie takie zwykłe, tylko z surowców wtórnych, czyli przetworzonych plastików. A na to mógł dostać dotację z Unii Europejskiej, ponieważ łapał się na Eko-Plan z naszej gminy, na który właśnie dostali unijne pieniądze. Przemek, kiedy zobaczył biznesplan, pocmokał, pokręcił nad nim głową, lecz od razu było widać, że zwietrzył interes. – Trzeba jeszcze dopracować szczegóły, ale to ma szansę powodzenia – ocenił. Wyraźnie sprawił tym Jackowi przyjemność, a ja spuchłam z dumy. Bo mój mąż ma zmysł techniczny i te jego doniczki miały mieć system nawadniający. Dzięki niemu można podlewać roślinę tylko raz na jakiś czas, bo woda zbiera się pod nią w specjalnym zbiorniczku. – Widziałem takie rozwiązania w Niemczech i tam kupimy maszynę. Na początek jakąś używaną, a kiedy interes się rozkręci, zainwestujemy w coś nowocześniejszego – z entuzjazmem opowiadał mi mąż, a i bratu podobał się ten pomysł. Było tylko jedno „ale” Najpierw należało wyłożyć pieniądze na sprzęt, bo urząd zwracał wydaną sumę dopiero na podstawie otrzymanej faktury. Oczywiście, wstępnie komisja musiała zatwierdzić projekt i jego budżet, jednak tryb udzielenia pomocy wyglądał właśnie tak. A przecież my z Jackiem nie mieliśmy nawet grosza… W tym względzie mogliśmy więc liczyć tylko na Przemka. Kwota była dla nas niebagatelna, gdyż prasa do plastiku kosztowała w przeliczeniu aż 25 tysięcy złotych. Na szczęście po długich namowach mój brat zgodził się pożyczyć nam te pieniądze. – Robię to, bo mnie o to prosisz. I dlatego, że twój mąż obibok wykazał wreszcie trochę inwencji – zastrzegł zostało omówione. Jacek złożył do gminy wniosek o dofinansowanie i zyskał wstępną akceptację. Teraz musiał tylko pojechać po maszynę do Niemiec, którą już wcześniej zarezerwował. Pożyczył więc od swojego kumpla małego dostawczaka i wyruszył w trasę. Wrócił z tych Niemiec dzień później, niż było umówione, i… bez prasy! – Okazała się uszkodzona. Mają ją naprawić i przesłać do Polski na swój koszt – oznajmił mi z ponurą miną. „Skoro są tacy niesłowni, to dlaczego powierzyłeś im pieniądze?” – cisnęło mi się pytanie, którego niestety nie zadałam. Bo mąż wrócił i bez prasy, i bez kasy pożyczonej od mojego brata… Przez cały kolejny miesiąc trzymał się swojej wersji, że maszyna lada moment przyjedzie do Polski, tylko wynikły kolejne „nieprzewidziane trudności”. Mój brat nie jest jednak aż takim idiotą, za jakiego miał go Jacek. Kiedy uznał, że niemiecki kontrahent nie wywiązuje się ze swojego zadania, po prostu zadzwonił do tej firmy do Niemiec z awanturą. A tam zdumieni pracownicy powiedzieli mu, że faktycznie jakiś czas temu interesował się prasą do plastiku jakiś człowiek z Polski, ale na zainteresowaniu się skończyło. – Dostaliśmy tylko wstępne zapytanie, bez propozycji handlowej – usłyszał brat. Oczywiście, w związku z tym nie wzięli od Jacka ani grosza, bo i za co? – Nie przyjmujemy opłat gotówką. – wyjaśnili. – A maszyna, o którą pan pyta, już dawno pojechała na Słowację. Oszustwo Jacka wyszło na jaw I mojemu bratu otworzyły się wtedy oczy. Zobaczył, że został przez mojego męża zwyczajnie oszukany! Tylko co Jacek zrobił z pieniędzmi? Przyciśnięty do muru, najpierw usiłował trzymać się swojej wersji. Wmawiał nam nawet, że być może Przemek rozmawiał w Niemczech z nieodpowiednią osobą albo wręcz pomylił firmy. W końcu Przemek nie wytrzymał i postraszył mojego męża policją, a wtedy ten się przyznał. Jak opowiadał, z radości, że jedzie po prasę i ma na nią pieniądze, mąż poczuł się nagle bardzo męski, istny maczo. Przygruchał więc sobie na trasie panienkę, którą zabrał ze sobą do motelu… – I zdzira cię okradła! – podsumował go mój brat, po czym zapowiedział mu, że nie odpuści: – Masz mi oddać te pieniądze albo zgłoszę kradzież na policję!Po jego głosie poznałam, że nie żartuje. Miał plany biznesowe Jacka i dowód na to, że pożyczył mu 25 tysięcy złotych. Mój mąż nie ma więc najmniejszych szans, żeby się wymigać od płacenia. A co najgorsze, w tej całej aferze brat wcale nie potraktował mnie jako ofiary. Od swojej żony, której się czasami zwierzałam, dowiedział się o zdradach Jacka i o moim przymykaniu na nie oczu. – Zawsze taka byłaś! Chowałaś głowę w piasek! I teraz masz! – grzmiał. – Gdybyś jasno dała mu do zrozumienia, że nie będziesz tolerowała takiego zachowania, to czułby nad sobą bat. A tak był przekonany, że bez względu na to, co zrobi, ty i tak nie zwrócisz mu nawet uwagi!Sama nie wiem, co mam zrobić w tej sytuacji i czuję się paskudnie. Wyrolowana przez męża, który zrobił ze mnie idiotkę, choć poręczyłam za niego u rodziny! I odrzucona przez brata, który ma mnie za tchórza i nie chce mnie widzieć… Czy kiedykolwiek go przekonam, że nie miałam złych intencji? I co będzie z oddaniem pożyczonych pieniędzmi? Przecież my z Jackiem takiej kwoty nie mamy! Po kilku dniach bicia się z myślami poszłam do mojego brata porozmawiać.– Umorzę ci ten dług, jeśli się z nim rozwiedziesz – oznajmił mi wtedy. Jakby mnie kto w twarz strzelił.– To szantaż! Nie będziesz kierował moim życiem! – krzyknęłam, a on tylko wzruszył ramionami i stwierdził: – Jak chcesz, twój wybór. Na pieniądze czekam pół roku, tak jak to jest zapisane w umowie. A potem… – zawiesił wściekła z jego domu. Uważałam, że nie miał prawa stawiać mi takiego ultimatum i nadal tak sądzę. A jednak zaczęłam rozważać rozwód niezależnie od zdania brata. Bo Jacek wcale nie poczuwa się do winy. Utratę kasy uważa za nieszczęśliwy wypadek. A że skradła mu je dziwka? No cóż… On przecież ma swoje potrzeby! Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”
fot. Adobe Stock Mądrzy ludzie mówią: dziecko niczemu niewinne. Żebym to ja ich tak posłuchała, zanim osądziłam tę kruszynę, co się dopiero urodziła. Ale cóż to teraz da, takie narzekanie. Wiem, że muszę działać. I obiecuję sobie, że tej sprawy w życiu nie zaniedbam. Zaczęło się wiele lat temu temu Aż trudno uwierzyć, że tak długo mieszkamy już na tym osiedlu. Ojciec jako jeden z pierwszych kupił tu własne mieszkanie. Firma jego przynosiła dochody, a rodzice mieli głowę na karku. Niejeden do dziś im tego zazdrości, że wtedy tak im się udało. Dziś pewnie nie byłoby ich stać na własny dach nad głową, czasy się zmieniły i worki, które produkuje zakład taty, nie przynoszą już takiego dochodu jak na początku lat dziewięćdziesiątych. W ósmej klasie przeprowadziłam się z rodzicami na jedno z pierwszych osiedli strzeżonych w Warszawie. To było coś. Teraz ludzie na potęgę kupują apartamenty w takich miejscach, ale wtedy, kiedy przechodziłam przez bramę z ochroną, czułam się jak jakiś minister. Teraz to śmiesznie brzmi, ale nie miałam wtedy świadomości, że jesteśmy bogaci. Może to i dobrze, bo nie nauczyłam się z tego powodu zadzierać nosa. Osiedle położone było w samych środku dawnego blokowiska, które częściowo wyburzono. Zostali tylko ci, których nie stać było na dopłacanie sobie do innego lokalu. Teraz już wiem: były to rodziny najbiedniejsze i, co tu dużo kryć, patologiczne. Takie jak rodzina Tereski. Nie zwróciłam na nią na początku uwagi, mieszkała przecież dwie ulice dalej, a to w ósmej klasie podstawówki lata świetlne. To Franek, mój młodszy brat, pokazał mi ją pewnego dnia: – Zobacz, niezła laska, co? – zagadał, gdy wracaliśmy ze szkoły. Wzruszyłam wtedy tylko ramionami. Jaki ten mój brat dziecinny, pomyślałam nawet. Wydaje mu się, że taka dziewczyna będzie zadawać się z takim dzieciakiem jak on. Tereska bowiem już wtedy jako dziecko zwracała na siebie uwagę wyglądem. Blondyna z dużym biustem i w za krótkiej, jak na przyzwoitą dziewczynę spódniczce, mogła być pewna męskiego zainteresowania. Wydawała się na dodatek tego nieświadoma, taka niewinna, delikatna, miła. Bo to trzeba przyznać – Teresa wyrodziła się w swojej rodzinie. A przecież nie miała od początku lekko. Gnieździli się w szóstkę w jednym, zrujnowanym pokoju. Jej ojciec pił, a matka, no cóż, nie potrafiła mu się przeciwstawić, a z czasem zaczęła do niego dołączać w libacjach. Przerażała mnie ta sytuacja. Przeciwnie niż mojego brata. Jego zainteresowanie atrakcyjną sąsiadką nie ograniczyło się do obserwowania jej na ulicy. Pewnego dnia, a było to chyba już w szkole średniej, zdecydował się do niej zagadać. Pamiętam to jak dziś. Strasznie lało, a Teresa biegła spóźniona na lekcję do tej swojej zawodówki krawieckiej, bez parasola oczywiście i w za wysokich obcasach – już wtedy ubierała się jak dorosła kobieta. Franek zatrzymał się niby jakiś dżentelmen z filmu, zdjął kurtkę i tę nieznajomą Tereskę okrył. Ona coś tam chyba protestowała, ale w końcu dała się odprowadzić pod same drzwi szkoły. Franek nie mógł przestać o tym gadać do końca dnia, a ja czułam, że będą kłopoty. Bo mój brat „zaprzyjaźnił się” z Tereską od tego dnia. Tak właśnie mówił. – Nie jest moją dziewczyną, jesteśmy po prostu przyjaciółmi. Jakby na potwierdzenie tych słów kilka tygodni później poznał Sylwię, swoją pierwszą licealną miłość. Po niej pojawiły się kolejne dziewczyny, ale Teresa, przyjaciółka mojego brata, była zawsze. Jadła u nas obiady, a nawet moja mama wykupiła jej klasową wycieczkę. Jednym słowem stała się powoli jakby członkiem naszej rodziny. Nie bardzo umiałam się z tym pogodzić. Nie byłam zazdrosna, ale ta cała sytuacja wydawała mi się po prostu nienormalna. – Przyznaj się, że jesteś po prostu zakochany – droczyłam się nieraz z bratem. – To niemożliwe, żebyś taką atrakcyjną dziewczynę traktował jak siostrę. A jednak najwyraźniej tak właśnie było, bo czas płynął, a Franek i Tereska nadal się tylko... przyjaźnili. Musiało chyba być między nimi jakieś tajemne porozumienie, bo w podobnym czasie poznali swoje drugie połówki. Tereska zaczęła się spotykać z Ryśkiem, kolegą z osiedla, mój brat natomiast poznał na studiach Dankę i dał nam do zrozumienia, że to coś poważniejszego. Oczywiście wydawałoby się, że trudno o naturalniejszy koniec przyjaźni męsko-damskiej niż ślub jednej ze stron, ale tym razem stało się zupełnie inaczej. Tereska i Rysiek wprawdzie szybko podjęli decyzję o tym, by się pobrać (niewątpliwie pomogło im to, że wkrótce na świecie miał pojawić się Daniel) i zamieszkali w wynajętej klitce obok mieszkania rodziców przyjaciółki mojego brata, ale to niewiele zmieniło. Po ślubie Tereski Franek zaczął przyjaźnić się nie tylko z nią, ale z jej mężem. Stali się wręcz nierozłączni Rysiek prowadził komis samochodowy, a mój brat zaczął zaniedbywać studia – które zresztą w końcu porzucił – żeby mu w tym interesie pomagać. Chłopak, który kiedyś nie miał pojęcia, co to jest świeca zapłonowa i nie umiałby zmienić koła, nagle stał się zapalonym fanem motoryzacji. Nie opuścił żadnego zlotu miłośników starych samochodów, a nie minęło wiele czasu, gdy sobie takiego gruchota sprawił! Nawet rodzice musieli przyznać, że dzieje się coś dziwnego. – Musisz zrozumieć, Franiu, że Tereska ma teraz własne życie – tłumaczyła kiedyś mojemu lekkomyślnemu bratu mama. – Niedługo będzie mieć dziecko, musi dbać o swoją rodzinę. Ty powinieneś zainteresować się własnym życiem, bo jak tak dalej pójdzie, to Danusia cię zostawi. A to wspaniała kandydatka na synową – wzdychała wymownie w tym miejscu. Po moim bracie takie słowa spływały jednak jak woda po kaczce: – Nie rozumiem, o co wam wszystkim chodzi – złościł się. – To chyba normalne, że pomagam Ryśkowi rozkręcić interes. W tych czasach studia to strata czasu, liczy się konkretny fach w ręku. A Tereska? Przecież my się prawie nie widujemy! Niestety, nie była to prawda. Rodzice, pochłonięci sprawami firmy, nie mieli o tym pojęcia, ale ja, ucząca się w domu studentka, wiedziałam, co się dzieje. Rysiek wychodził do pracy bardzo wcześnie. Musiałam przyznać, że prosty, ale porządny z niego chłopak, starał się jak mógł. Kiedy tylko jego stary opel ruszał spod domu, mój brat zmierzał do Tereski. Pod byle pretekstem: a to źle się poczuła, a to trzeba jej zrobić zakupy. Z czasem przestałam nawet pytać, po co do niej idzie, nie chciałam słuchać kolejnych kłamstw. Przerażało mnie to, w co wpakował się Franek On sam nadal siebie oszukiwał, że nie jest zakochany, ale dla mnie jasne było, co się święci. Liczyłam jednak, że się opamięta. Przecież gdy tylko Rysiek wracał z pracy, był jego najlepszym przyjacielem. Jeździli razem po części, gotowali, a kiedy urodził się Daniel, wychodzili całą czwórką na spacery. Spytacie, czemu Ryśkowi taki układ nie przeszkadzał? Sama się nad tym zastanawiałam. Może po prostu przyzwyczaił się do obecności mojego brata, a może był tak pewien atrakcyjnej żony, że nie podejrzewał ją o zdradę? –To jest jakiś chory układ – stwierdziła narzeczona mojego brata i go rzuciła. – Ty mnie zdradzasz, ona jest dla ciebie najważniejsza – krzyczała. – Nawet jeśli naprawdę z nią nie sypiasz, to nic nie zmienia. To jest jakiś chory układ. Potem odeszła. Myśleliśmy, że Frankiem to wstrząśnie, że będzie chciał za wszelką cenę ją zatrzymać, ale on przyjął jej odejście ze stoickim spokojem: – Nie pasowaliśmy do siebie – wyjaśnił rodzicom. – To nie była dziewczyna dla mnie. To wy za wszelką cenę chcieliście mnie zmusić do małżeństwa z nią, ja jej nie kochałem. – A kogo kochasz, kto jest dziewczyną dla ciebie?! – nie wytrzymała mama. – Szczęśliwa mężatka z dzieckiem, z której mężem tak się ponoć przyjaźnisz?! Rozbijasz ich małżeństwo! – To są bzdury! – bronił się Franek. – Niczyjego małżeństwa nie rozbijam. Tyle lat wam tłumaczę, że Teresa to tylko moja przyjaciółka. Franek rzeczywiście nie widział chyba w swoim zachowaniu nic niestosownego i nie potrafił przewidzieć, że to wszystko zmierza wprost do katastrofy. Po kilku tygodniach zresztą oznajmił nam, że dostał pracę w Niemczech i wyjeżdża. Może głupio to zabrzmi, ale odetchnęliśmy z ulgą. – Może tam zapomni o tej całej Teresie – powiedziałam rodzicom. Potem nastąpiły inne wydarzenia i sprawy mojego brata zeszły na dalszy plan. Poznałam Sławka, zaczęłam szykować się do ślubu. Franek odzywał się, pisał e-maile. Był zadowolony, odkładał pieniądze na własne mieszkanie. Nie pytał, co u Teresy, a ja nie informowałam go sama z siebie, choć przecież wiedziałam, że urodziła drugie dziecko i że w jej małżeństwie chyba nie dzieje się najlepiej, bo coraz rzadziej widywałam Ryśka w domu. Zapytałam ją nawet o to pewnego razu: – Ach nie, wszystko dobrze – zapewniła mnie z uśmiechem. – Rysiek wyjeżdża co jakiś czas na kilka tygodni do Niemiec. Twój brat załatwił mu tam sezonową robotę, nie wiedziałaś? Byłam zaskoczona. Zapaliła mi się wtedy ostrzegawcza lampka w głowie. A więc jednak Franek nie zapomniał o niej. Podzieliłam się swoimi wątpliwościami z mamą: – Wiesz, to że załatwiał mu pracę, to jeszcze nic złego – uspokajała mnie. – Najważniejsze, że przestał rozbijać to małżeństwo. Może pozna tam kogoś i z czasem wszystko się ułoży. Mnie jednak złe przeczucia nie opuszczały Jak się okazało, nie bezpodstawnie. Bomba wybuchła kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Franek przyjechał wtedy niespodziewanie do rodziców, zasiadł do kolacji i oświadczył im: – Będę miał dziecko. „Tylko nie to” – pomyślałam. „Tylko nie to. To niemożliwe”. – To jakaś Niemka? – spytał po chwili milczenia ojciec. Ale ja już wiedziałam, zanim Franek, którego po raz pierwszy w życiu widziałam zmieszanego, zdążył odpowiedzieć. – Nie, to Polka. I znacie ją. Wszystko było jasne. Ale nikt nie chciał jeszcze wtedy w to uwierzyć. Bo to było zbyt straszne. – Teresa? – szepnęła mama – ale jak to jest możliwe? Przecież ona tu... dzieci... a ty tam... jej mąż... – nie wiedziała, co ma powiedzieć. I wtedy Franek opowiedział nam wszystko. Owszem, załatwił Ryśkowi pracę w Niemczech. Ale na swoje miejsce. Kiedy tamten jechał do Frankfurtu, Franek wracał do Polski. Nie zaglądał do domu, tylko jechał od razu do Teresy. Teraz nie wahał się nazywać jej już swoją ukochaną. Rysiek przez wiele miesięcy nie zorientował się, był przekonany, że Franek przyjeżdża do rodziców. W końcu Teresa zażądała rozwodu i wyłącznej opieki nad dziećmi. Spotkają się w sądzie. Dopiero wtedy to do niego dotarło. – Boże, rozbiłeś małżeństwo, pozbawiłeś dwoje dzieci ojca, nie tak cię wychowaliśmy. Zdradziłeś przyjaciela, co ty najlepszego zrobiłeś – krzyczał ojciec. – Nie masz już wstępu do tego domu. I Franek oczywiście wyszedł, coś tam jeszcze krzycząc o hipokryzji i o tym, jak się cieszy, że się od nas uwolni. Od tego czasu minęły 2 lata Dziecko Franka i Teresy urodziło się w styczniu. To córeczka, ma na imię Dominika. Widziałam ją raz, Teresa przebiegła z nią pod murem domu swoich rodziców. Zawołałam do niej odruchowo, ale może mnie nie poznała albo nie miała czasu, bo nawet się nie odwróciła. Moi rodzice wyrzekli się brata. Nikt z nas nie był na ich ślubie, nikt nie wymawia imienia ich dziecka. Jakby ani jego, ani Franka nigdy nie było. Do tej pory ja też brałam udział w tym buncie. Ale ostatnio przeczytałam ogłoszenie na słupie. Wiem, że powiesiła je Teresa, poznałam jej niestaranne pismo – ich córcia ma wadę serca, zbierają pieniądze na operację, liczy się każdy grosz. Już wiedziałam, co mam zrobić. Szkoda życia na obrażanie się. Jestem dość zamożna, mam dobrą pracę. Myślę, że będę mogła pomóc dziewczynce. Ale najważniejsze, że odbuduję relację z bratem. Jak to mówią, dziecko nie jest niczemu winne. Kupiłam największego misia, jaki był w sklepie. Mam nadzieję, że Dominisi się spodoba. Wczoraj Teresa powiedziała przez telefon, że mała uwielbia miśki. Albo mi się zdawało, albo moja bratowa miała gardło ściśnięte ze wzruszenia, gdy ze mną rozmawiała... ale może to tylko złe połączenie. Czytaj także:„Romans ojca zniszczył mi życie. Nie podeszłam do matury, mama przeszła załamanie nerwowe, a on nawet się nie odezwał”„Robiłam z siebie idiotkę, by poderwać faceta. Dałam sobie spokój, gdy nakryłam go z innym”„Każdy facet, którego kochałam, zostawiał mnie dla innej. I to nie młodszej, ładniejszej i bogatszej...”
fot. Adobe Stock, cherryandbees Stefan urodził się dwa lata po mnie, a mama świata poza nim nie widziała. Na efekty nie trzeba było długo czekać… Z rozpieszczonego bachora wyrósł leniwy wieczny chłopiec. Nawet ślub i narodziny córki go nie zmieniły. Telefon zadzwonił jak na alarm. Wyczułam, że to coś ważnego. Podbiegłam do aparatu, podniosłam słuchawkę.… – Matka miała wylew – powiedział ojciec bez wstępów. – Żyje? – rzuciłam głuchym głosem. – Żyje. Ma lekki niedowład i kłopoty z wymową, ale lekarze zapewniają, że to przejściowe – usłyszałam. – To znaczy, że jest przytomna? – Tak. Już pytała o Stefanka. O ciebie też, oczywiście. Oczywiście… ale jak zawsze w drugiej kolejności. Na pierwszym miejscu, w jej myślach i sercu panował niepodzielnie Stefan, mój młodszy brat, uroczy drań. Pakował się w kłopoty od małego, ale wszystko uchodziło mu na sucho. Nauczyciele odpuszczali mu wyskoki, za które każdy inny zostałby relegowany ze szkoły. Matka wybaczała mu kłamstwa, wagary, złe stopnie, podkradanie drobnych z portmonetki, popalanie po kątach i powroty do domu nad ranem. – Młody jest, musi się wyszaleć… – mawiała z wyrozumiałością. Mnie szlag wtedy trafiał. Bo ja, ta grzeczna i porządna, nie dostawałam od niej tyle uczucia co on. Czasami chciałam się zbuntować, wykręcić jakiś numer, żeby choć raz na mnie skupiła całą swoją uwagę, tylko że nie mogłam. Widziałam, że mama robi dobrą minę do złej gry. Uśmiechała się, cierpiąc w duchu, że jej ukochany synuś nie zamierza spełnić pokładanych w nim nadziei. Mając dwadzieścia pięć lat, wciąż zachowywał się jak nastolatek. Bez konkretnej pracy, bez widoków na jej dostanie, bez mieszkania, samochodu, bez aspiracji czy chęci ustatkowania się. Bo przenoszenie się od jednej dziewczyny do drugiej, życie na ich koszt, trudno nazwać przyszłościowym planem. Zwłaszcza że zawsze mógł wrócić pod opiekuńcze matczyne skrzydła. Ja pogoniłabym go, gdy tylko przerwał studia! Nie chciało się leniowi uczyć, niech teraz zasuwa do roboty, niech zapracuje na siebie, zamiast ciągnąć ze wszystkich wokół. Mama za każdym razem ulegała i przyjmowała Stefanka pod swój dach, który ten traktował jak darmowy hotel. Gdyby nie ojciec, matka nieustannie by go karmiła, opierała i dawała mu pieniądze. Wystawił mu walizki za drzwi Ale nasz tata, marynarz dalekomorski, gdy wracał do domu, chciał mieć spokój i żonę tylko dla siebie. Gdy więc trzy lata temu ostatecznie przeszedł na emeryturę, pierwsze co zrobił, to wystawił walizki synalka za drzwi. Byłam przy tym i miałam ochotę bić tatusiowi brawo. – Jesteś dorosły – uświadomił Stefanowi. – I albo zaczniesz uczestniczyć w opłatach za czynsz i jedzenie, albo mówię ci „do widzenia”. Zacząłem harować na rodzinę w wieku osiemnastu lat jako zwykły majtek, dosłużyłem się stopnia bosmana. Opłaciło się, na starość nie będziemy z matką biedować, ale widać, nie ma nic za darmo. Dochowałam się wspaniałej, samodzielnej córki – obdarzył mnie czułym, pełnym dumy spojrzeniem – i syna, który wciąż trzyma się matczynej spódnicy – jego wzrok zatrzymał się na Stefanie i stwardniał. – Nie zamierzam kredytować cię w nieskończoność. – Co do tego kredytu… – wszedł mu w słowo Stefanek, jakby kompletnie nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. – Mam na oku niezły interes, potrzebuję tylko trochę gotówki na początek, na rozkręcenie biznesu, może tata podżyrowałby mi… Ojciec wybuchnął śmiechem; aż mu łzy z oczu poleciały. Matka też ocierała łzy, ale daleka była od radości. Wiedziała, podobnie jak ja, że tym razem ojciec nie popuści. Nawet nie próbowała przekonywać taty, wstawiać się za synkiem. – Chodź, podrzucę cię, gdzie będziesz chciał – pogoniłam go. Z ociąganiem złapał plecak i torbę, jakby oczekiwał, że będę nie tylko jego kierowcą, ale i tragarzem. Niedoczekanie! Zanim wyszłam, mama podeszła do mnie, wcisnęła mi do ręki tysiąc złotych i poprosiła cicho: – Pomóż mu, Dorotko. Pozwól zamieszkać u siebie choć na parę dni, póki nie znajdzie czegoś innego. Zrób to dla mnie, córeczko, bardzo cię proszę, bo ze zmartwienia nie zasnę. Tu masz pieniądze, to dla niego. Wiedziała, jak mnie podejść. A ja nie umiałam jej odmówić, na swoje nieszczęście. Stefan miał się zatrzymać na parę dni, został przez dwa miesiące. Przez ten czas oglądał telewizję, grał na komputerze i czynił spustoszenie w naszej lodówce. Oczywiście nie sprzątał, nie zmywał, nie wynosił śmieci. Kiedy zaczął marudzić, że brakuje mu czystych skarpet i majtek, a koszule prasuję mu nie tak dobrze jak mama – miałam dosyć. Mój mąż też. – Jak poszukiwania pracy, szwagrze? – zagadnął przy kolacji. – Powoli. Miałem kilka ofert, ale nic ciekawego. Nie zamierzam się tanio sprzedać. Mam swoją godność. – Co ty powiesz? – prychnęłam. – To ona przeszkadza ci w praniu własnych gatek? – Ty znowu o tym… – westchnął ciężko. – Jesteś gorsza od matki, ona przynajmniej się nie czepia. – Ale ja nie jestem twoją matką. – Jesteś moją kochaną starszą siostrą. Możesz zrobić mi jeszcze kilka kanapek? – zapytał przymilnie, podając mi talerz. Nic mu to nie dało. – Nie, nie mogę – odparłam zimno. – A to jest twoja ostatnia noc w tym domu. Jutro się wyniesiesz. Moja cierpliwość się wyczerpała. Wyniósł się, wielce obrażony. I przez parę miesięcy nie dawał znaku życia. Potem bomba wybuchła. Zjawił się u rodziców z narzeczoną. Jakimś cudem poznał i oczarował miłą, skromną dziewczynę, która dorabiała sobie do studiów pracą opiekunki do dziecka. Polubiłam ją od razu. Dlatego chciałam ostrzec biedaczkę, w co się pakuje, ale mama mi nie pozwoliła. – Nie rób tego, proszę cię! – błagała. – Stefanek chyba po raz pierwszy zakochał się naprawdę. Chce się żenić, może wreszcie się ustatkuje… Miałam co do tego poważne wątpliwości, ale zachowałam je dla siebie, bo matka wręcz promieniała szczęściem. Nie powiedziałam także słowa, gdy tuż po ślubie Beata zaszła w ciążę, i nim się obejrzałam, zostałam ciocią. Mała Ola była przeurocza. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Dlatego daleka byłam od satysfakcji, gdy Stefan wciąż zachowywał się jak idiota. Rzucał się od jednego nieudanego przedsięwzięcia do drugiego. Pożyczał na prawo i lewo, wciąż bredził, że jeszcze miesiąc, dwa, a los się odwróci; podczas gdy jego żona i córka wciąż mieszkały kątem u rodziców Beaty. Stefan niczego się nie nauczył; gorzej, nie doceniał tego, co ma. Zaczął zadawać się z podejrzanym towarzystwem, grać na giełdzie, nie wiedzieć zresztą za co; chyba nawet zdradzał Beatę, czego już kompletnie nie mogłam pojąć. Nie tylko lubiłam tę dziewczynę – podziwiałam ją. Jednocześnie studiowała, prowadziła dom i wychowywała dziecko. Właśnie ze względu na nie, podjęła decyzję o rozwodzie. – Tak dłużej nie da się żyć – zwierzyła mi się ostatnio. – Nie szanuje mnie, nie zajmuje się Oleńką, wciąż gdzieś znika. Wraca wstawiony i pachnie damskimi perfumami. Ma kogoś… – w jej oczach zalśniły łzy. – Kocham go, ale to nie znaczy, że wybaczę mu każde świństwo. – Nie wybaczaj – poradziłam jej z głębi serca. – Za dużo mu wybaczano, od małego. Myśli, że wszystko mu wolno. Nie odpuszczaj. Już nie dla jego dobra, ale dla własnego i małej. Nie poddawaj się, bądź twarda. Jestem z tobą. Postawię się rodzinie, bo wiem, że masz rację. Nikomu, nawet mamie, nie dam się przekonać. Dość usprawiedliwiania tego drania. Wreszcie szczerze porozmawiałyśmy Informacja o rozwodzie dobiła matkę. Dosłownie nikła w oczach. Wiadomość o jej wylewie przeraziła mnie, jednak nie zaskoczyła. Jej reakcja także. Syn mało nie wpędził jej do grobu, a ona zapytała najpierw o niego; nie o córkę, wnuczkę, tylko o syna; przyczynę kłopotów… Nie umiałam zrozumieć takiej bezwarunkowej miłości. Był jej dzieckiem, ale bez przesady. Zagłaskała kota na śmierć. A ja? Co ze mną?! Nigdy jej nie zawiodłam, nie przyniosłam wstydu, lecz nie miałam złudzeń, kogo będzie bronić, za kim się wstawi. Też mi sprawiedliwość! Stefanek dostawał miłość na tacy, ja musiałam o nią zabiegać, dowodzić na każdym kroku, że zasługuję na pochwałę czy czułe słowo. Moja matka zwyczajnie mnie nie kochała. Tak bardzo uwielbiała Stefana, że dla mnie już nic nie zostało. Albo prawie nic… Nadzieja na te okruchy spowodowała, że gnałam do szpitala jak szalona. Nie liczyłam na wiele. Marzyłam, by raz zapomniała o nim, a pomyślała o mnie. O tym, jak ciężko było mi obrócić się przeciwko niej, stanąć po stronie Beaty. Nie zrobiłam tego dla siebie, ale dla Oleńki i Beaty. One jeszcze miały szansę. Stefan zbyt dużo ich zaprzepaścił. Mama była taka blada, taka krucha i bezbronna w wielkim metalowym, szpitalnym łóżku. Spała, a ojciec tkwił przy niej jak strażnik. Na mój widok poderwał się z miejsca. – Czekała na ciebie. W kółko pytała, kiedy przyjdziesz – szepnął. – A Stefan? – Przyszedł i poszedł – mruknął. – Nie zatrzymała go? – zdziwiłam się. – Na starość zmądrzała. Stefan przybiegł tu, płacząc i żaląc się, że Beata zwariowała, nie daje się przekonać, że naprawdę chce go rzucić. O zdrowie matki nawet nie zapytał. – A mama? – Powiedziała, że się na nim zawiodła. „Jeżeli stracisz rodzinę, nie chcę cię widzieć”. Jej własne słowa. – Tak? – nie mogłam uwierzyć. – Tak… – odparła mama, otwierając oczy. – Zostaw nas same – zwróciła się do ojca. Mówiła z trudem, ale kategorycznie. Tata grzecznie zniknął za drzwiami. – Myliłam się. Przez tyle lat… Myślałam, że jeżeli będę powtarzać, jak go kocham… uwierzy… poprawi się. – Mamo, odpocznij! Serce mi się krajało, gdy próbowała się przede mną tłumaczyć. Nieważne, kocha mnie czy nie. Była cudowną matką, wychowała mnie na wartościowego człowieka. Grunt, że zrozumiała. Kochając Stefana za bardzo, wyrządziła mu więcej szkody niż pożytku. Ja wyszłam na tym układzie dużo lepiej. – Nie mów tyle, mamusiu, męczysz się. Ja rozumiem. Czasami nie starcza miłości dla dwójki dzieci. Stefan powinien być jedynakiem. Najważniejsze, żebyś wyzdrowiała. – Jedynakiem? A kto wtedy byłby moją pociechą i dumą? Myślałam, że wiesz, jak cię kocham… Taka mądra dziewczynka powinna wiedzieć… Musiałam wyglądać głupio z szeroko otwartymi ustami. – Nie, nie chciałam mieć więcej dzieci – kontynuowała, walcząc z niemocą. – Ty mi wystarczałaś. Od samego początku byłaś taka cudowna, wymarzona, dzielna. Ale ojciec marzył o synu. Był w rejsie, kiedy do… dowiedziałam się, że znowu jestem w ciąży. Chciałam u… sunąć. – Mamo? – wyrwało mi się. – Wiem, to straszne. Nie mogłam, a po… potem miałam wyrzuty sumienia. Próbowałam mu to wynagrodzić. Potrzebował mnie. Starałam się za bardzo. Jego tak trudno kochać. Ty to co innego… A on wciąż pakował się w kłopoty, bardziej potrzebował mojej pomocy. Nigdy nie dorósł. Ty byłaś dorosła… już jako dziecko, dlatego obarczałam cię ponad miarę… Przepraszam… – mówiła coraz ciszej, znowu zapadała w sen. Opuściłam szpital jak błędna. Kochała mnie! Nieważne mniej czy bardziej niż Stefana. Kochała mnie. Teraz mogłam poradzić sobie z całym światem! Już ja się wezmę za tego mojego braciszka! Czytaj także:„Wpadłam w nałóg przez traumę, którą zafundował mi ojczym. Nie mogę znieść myśli, że moja mama o wszystkim wiedziała”„Udawał szarmanckiego bogacza, żeby mnie uwieść. Okazało się, że mój książę z bajki wcale nie jeździ na białym koniu”„Proboszcz chciał się pokazać przed biskupem. Kazał nam więc wydać fortunę na specjalne stroje dla naszych dzieci”
To tak skomplikowane ze az wraz z rodzina wieszkam za granica, ten moj brat mieszka w Polsce , nie moge zrobic nic rano dostalam wiadomosc od bratowej ze on powiedzial ze sie zabije…ja w placz, odrazu zrobilismy narade rodzinna z tata i mama, zdecydowalismy ze mama poleci jutro do Polski , bo nic zdalnie nie wrocilismy z wakacji z pl, wszyscy z nim rozmawialismy, prosba i grozba i ja i moj maz, i rodzice. On ma dwoje malych dzieci, z zona im sie nie uklada , i co by on nie mial do niej to niestety ale on jest pijakiem, i jej zawsze jest na wierzchu… i to mu powiedzielismy, nie uklada sie, nie da rady naprawic, trudno , ludzie sie rozchodza, ale musisz byc trzezwy , po pijaku nic nie zrobisz…. My pomozemy , ale badz trzezwy, moze wszywka? Moze znowu terapeuta? Kazal nam XXXX I nie robic z niego alkoholika. I dzis taka bomba, ona pisze ze on chce sie Zabic, i za 15min ze jedzie z dziecmi na dwa dniu urlopu, i zebysmy moze do kogos zadzwonili zeby go pilnowal. I pojechala. A my wydzwaniamy, piszemy…. Nie mam sily
moj brat robi mi dobrze